• Maroko

    Sidi Ifni – deszczowy poranek (MA)

    Sidi Ifni, jakaś stówka na południe od Agadiru. Miasteczko jeszcze do lat 6o-tych było hiszpańską enklawą na terenie Maroka. Po Europejczykach została architektura i jakiś taki klimat miejsca opuszczonego przez stare, dobre czasy, które tak szybko nie wrócą. Ludzie przyjeżdżają tu dla plaży Legzira, na której można przejść się pod niesamowitymi łukami skalnymi wchodzącymi w morze.  Luty to dobry okres na zwiedzanie Sidi Ifni. Jest pusto, zimno, dżdżysto. Pogoda dla melancholików. Fotografa wkurzy bielą nieba i wilgocią osiadającą na sprzęcie. Wynagrodzi to tętniącym po marokańsku nadmorskim życiem. Brzydki, betonowy port. Niszczejące hiszpańskie domy. Raj dla obiektywu. Noclegi dostępne w trzech chyba hotelikach za 400 dirhamów za trójkę bez gadania o zniżkach. Jedzenie – szału nie ma, chociaż spróbowałem tutaj tajine z wielbłąda. Ciekawie jest wokół targowiska, gdzie za grosze objedliśmy się harirą z robionymi na naszych oczach pączkami.  Jasno robiło się około ósmej. Nie wiem, czy to pogoda wymiotła ludzi z ulic, czy też o tej porze Marokańczycy jeszcze…

  • Maroko

    Czy tak powinna wyglądać oaza? – Maroko (MA)

    Ait Boukha koło Guelmim. Idziemy do kulawego Berbera. Luty w Maroku jest deszczowy. Miejscowi mówią, że to dopiero drugi tak deszczowy luty w przeciągu dziesięciolecia. Marna to dla nas pociecha. Zamiast zwiedzać oazę, brniemy przez błoto, a to niemiłosiernie przykleja się do obuwia. Nogi stają się niepotrzebnie ciężkie. Franek jest niepocieszony, bo chciał zobaczyć źródło, a to jest niby kawałek drogi stąd. Nie da się dojść. Obiecuję chłopakowi, że przyjedziemy tutaj w bardziej sprzyjających okolicznościach pogodowych.

  • Maroko

    Kulawy Berber- Maroko (MA)

    Oaza w pobliżu Guelmim, Ait Boukha, trafiliśmy tutaj z Azizem, który wypatrzył nas na targowisku gdy kupowaliśmy daktyle i kiszone cytryny. – To prawdziwa oaza – rzucił do nas zachęcająco przy herbatce w knajpce obok targu. Aziz znał sześć języków. Berberyjski po ojcu, hiszpański po matce, która pochodziła z Sahary Zachodniej, arabski i francuski – poznane w szkole, potem doszedł angielski. Na dwa lata wyjechał do Hamburga do kuzyna. Wrócił ze znajomością niemieckiego. Dlaczego opuścił Niemcy? – Zu gross Stress – przyznał szczerze. Gdy się żegnaliśmy znał już kilka słów po polsku. W Ait Boukha poszliśmy do jego wujka, Berbera, który na starość okulał i nie mógł już ruszyć z karawaną na  handlowe szlaki. Musiał osiąść, ale nie mógł rozstać się z ukochanym namiotem. – Tak żyją Berberowie na pustyni – tłumaczył Aziz i wyciągał stare klamoty usiane po kątach namiotu. Wujek polał nam herbatkę i próbował wcisnąć chińskie świecidełka. Odmówiliśmy, ale daliśmy mu parę…